Muzyka do łóżka – na wzrost libido

0
70
Rate this post
Elegancka kolacja przy świecach, dobre wino, atłasowe prześcieradła i nastrojowa muzyka: tak właśnie wielu z nas wyobraża sobie udaną łóżkową randkę. Muzyka to najczęściej romantyczno-popowo-klasyczne utwory. Ale jak to jest naprawdę? Z jaką muzyką powinniśmy iść do łóżka, żeby było i pięknie, i skutecznie?

Nie od dzisiaj wiadomo, że muzyka potrafi silnie wpłynąć na nastrój, a i twój stan ducha często dyktuje ci wybór tego, co słuchasz. Kiedy zastanawiasz się nad utworem, dzięki któremu osiągniesz ekstazę w łóżku, raczej nie myślisz o ostrym kawałku Korna czy Rammsteina, a prędzej na przykład o balladzie Nirvany. Większości ludzi seks kojarzy się bowiem z delikatnością, powolnością i czułością, a nie ostrym łubudubu. Ale kto wie, być może wielbiciele ostrego seksu z elementami sado-masochistycznymi właśnie takiej hardcorowej muzyki powinni słuchać, żeby zrobić sobie dobrze.

Kwestia gustu

To proste: do seksu wybieraj taką muzykę, która naprawdę sprawia ci przyjemność. Radość ze słuchania brzmienia, z którym jest ci dobrze ułatwi rozluźnienie i wprowadzi cię w odpowiedni nastrój do miłosnych igraszek. Jednym z moich ulubionych łóżkowych albumów jest „Closing Time” Toma Waitsa. Nie trawisz jego przepitego i przepalonego głosu? W takim razie znajdź swoją płytę, swoich wykonawców. Na pewno istnieją tacy, którzy zadowolą twoje zmysły. I naprawdę nieistotne jest, czy będzie to Whitney Houston, Jack Johnson, czy Justin Timberlake. Ważne, żeby uruchomili oni twój ośrodek przyjemności. Z najnowszych wydanych albumów osobiście polecałabym Lanę Del Rey i jej pierwszy krążek „Born to Die”. Fani muzyki kłócą się od tygodni, czy głos dziewczyny bardzo bogatego tatusia został w 100% stworzony na komputerach producentów, czy nie. Szczerze? Dla naszych celów jest to kompletnie nieistotne. Ten głos, ten klimat robią wrażenie. A do łóżka nadają się wręcz idealnie!

Wybierasz ciałem, nie głową

Przed chwilą pisałam, że najważniejsze jest to, żeby wybrać muzykę, którą się najbardziej lubi. Sęk w tym, że, jak pokazuje badanie przeprowadzone przez dwóch psychologów z uniwersytetu Albany w Stanach Zjednoczonych, najbardziej podobają nam się utwory o najbardziej otwarcie seksualnych podtekstach. Wygrywa muzyka z gatunku „R&B”. Tak, tak, to ta muza, przy której przyklejasz się całym ciałem do dziewczyny na parkiecie. Ta sama, która powoduje, że nagle robi ci się gorąco i myślisz tylko o jednym. Im więcej seksu w muzyce i w słowach, tym bardziej nas ona kręci. W myśl tej idei wystarczy, że wybierzesz Top10 utworów „R&B” minionego miesiąca lub roku, a twój sukces w sypialni będzie gwarantowany. W Internecie aż roi się od rankingu najbardziej romantycznych utworów „R&B”. Jeden z nich informuje, że następujące utwory naprawdę warto trzymać przy łóżku:

  • „Next Breath”- Tank
  • „Share My Life” Kem
  • „teachme” Musiq Soulchild
  • „Trust” Keyshia Cole with Monica
  • „You Are My Starship” Kenny Lattimore
  • „Real Love” Eric Benet
  • „Can’t Help But Wait” Trey Songz
  • „Save Room” John Legrand

Właściwe wibracje

Naukowcy od dziesięcioleci dogłębnie badają ludzki mózg oraz wpływ rozmaitych bodźców na ten najbardziej tajemniczy organ naszego ciała. Okazuje się, że muzyka oddziałuje na wyjątkowo dużą ilość receptorów, chociaż obiektywnie przyjmuje się, że dla przetrwania gatunku jest ona zupełnie niepotrzebna. Ostatecznie człowiek umrze bez pożywienia, wody, reprodukcyjnego seksu, ale  bez muzyki, tak jak bez sportu żyć może.

Według wielu naukowców muzyka najzwyczajniej w świecie oddziałuje na ośrodek przyjemności naszego mózgu. Ma również wpływ na naszą motorykę (nie bez powodu masz ochotę ruszać ciałem, kiedy słyszysz skoczny kawałek) i na nasze emocje. Innymi słowy, oczami laika, wprost idealnie nadaje się do amorów.

Według niektórych badaczy istnieją utwory bardziej niż inne sprzyjające osiągnięciu orgazmu. Polski muzyk z Trójmiasta przeprowadził nawet badania, które wykazały, że najsilniej reagujemy na niskie częstotliwości, poniżej 80 Hz. Według niego, wykorzystanie w muzyce właśnie takich częstotliwości spowodowało wybuch rozerotyzowanego klimatu we współczesnych klubach, lub fenomenu takiego jak słynne rave parties. A utwory najbardziej sprzyjające orgazmowi, to takie, w których częstotliwość wynosi 72 uderzeń metronoma na minutę.

Ranking podniecających utworów „R&B” podać jest łatwo. W tym przypadku sprawy się jednak komplikują. Dlatego proponuję pozostawienie naukowych teorii nauce. I skupienie się na tym, co naprawdę robi nam dobrze. Czy będzie to płyta Anity Lipnickiej, czy Nat King Cole’a, zasadniczo nie ma tak wielkiego znaczenia.

Najważniejsze, żeby partner był właściwy i lubił do łóżka tę samą muzykę, co my. Od razu zwiększy to prawdopodobieństwo, że zarówna on, jak i ty, nadajecie na tych samych falach.

A przecież w łóżku i poza nim przede wszystkim o to chodzi.